Poznaliśmy się...

Poznaliśmy się przez Internet. Niby nic w tym dziwnego, ale do dziś ciężko mi uwierzyć w to, że dwoje ludzi może się w sobie zakochać nie od pierwszego wejrzenia, a od pierwszego kliknięcia… A jednak nam się to przytrafiło i nie żałujemy.

Nigdy nie zapomnę godzin spędzonych na czekaniu przed komputerem na to by napisał, odezwał się…albo chociaż wysłał uśmiech. Później była szybka przeprowadzka do mnie, szukanie pracy i kupno naszego mieszkania. Tak bardzo chcieliśmy mieć swój własny kąt. Wtedy jeszcze nic nie zapowiadało problemów, nie wiedzieliśmy, że tuż za rogiem czyha na nas niepłodność.

Kilka dni przed przeprowadzką do nowego mieszkania poszedł do lekarza, bo coś go bolało…diagnoza-nowotwór złośliwy jądra. Szybko podjęliśmy decyzję o operacji, a po dwóch tygodniach odebraliśmy wynik badania histopatologicznego – nowotwór złośliwy jądra. Wtedy nasz świat zawalił się po raz pierwszy.

Musieliśmy szybko działać…

Zamroziliśmy nasienie…na wszelki wypadek, gdyby się później okazało, że po chemioterapii jego parametry nie wrócą do normy. I nadszedł najgorszy czas w moim życiu – 2 lata czekania…Na co? Dziś sama się zastanawiam po co tak długo zwlekaliśmy, ale wtedy nie myślałam jeszcze o in vitro. Byłam pewna, że uda nam się naturalnie zajść w ciążę tylko musimy odczekać magiczne 24 miesiące, aby organizm mojego emka się odbudował, wrócił do normy.

Mijały kolejne miesiące, mój zegar biologiczny tykał coraz głośniej, a w temacie dziecka nic się nie działo. Koleżanki z pracy jedna po drugiej zachodziły w ciążę, a ja popadałam w coraz większą depresję.

Pierwsza wizyta w klinice leczenia niepłodności

Któregoś dnia usłyszałam o programie rządowym in vitro i pomyślałam sobie, że to dobry moment, aby z niego skorzystać. Wizyta w klinice leczenia niepłodności przebiegła pomyślnie i zostaliśmy zakwalifikowani do procedury in vitro. Byliśmy pełni nadziei, cieszyliśmy się jak dzieci, które wkrótce dostaną to na co tak długo czekały. Nie zdawaliśmy sobie sprawy z tego jak będzie przebiegać przygotowanie do in vitro i że nie będzie to jedno podejście, a kilka…

Pierwszą procedurę in vitro zniosłam bardzo źle – leki do stymulacji nie zostały prawidłowo dobrane i wystąpił zespół hiperstymulacji jajników. Byłam o krok od wylądowania w szpitalu. Całe szczęście obyło się bez…a mój organizm sam się z tym uporał. Pobrano kilka komórek, zapłodniono, niestety nie przetrwały nawet do 3 doby, a co za tym idzie transfer się nie odbył.

Po 2 miesiącach kolejne podejście do in vitro, znowu pobrane ładne komórki i ta sama historia – brak podziału, transfer odwołany. Wtedy zaczęła mi świtać w głowie myśl, że może to wina kliniki, że nie potrafią odpowiednio przechowywać zarodków, zapewnić im wymaganych warunków do wzrostu i stąd ten brak podziału, ale postanowiliśmy spróbować jeszcze raz. To było trzecie podejście – historia się powtórzyła, a ja już wiedziałam, że to była nasza ostatnia próba w tej klinice.

Decyzja o zmianie kliniki była strzałem w dziesiątkę

Nie mogliśmy już korzystać z rządowego dofinansowania, bo ono pokrywało tylko 3 procedury in vitro. Zbieraliśmy środki na kolejne. Godzinami siedziałam w internecie i czytałam opinie o klinikach. Wybraliśmy jedną z najlepszych w Polsce. Na pierwszą wizytę pojechaliśmy w listopadzie, od stycznia zaczęłam brać leki do stymulacji, a w październiku urodził się nasz synek.

Dziś wiem, że osiągnęliśmy sukces dzięki naszemu zaparciu, dzięki temu, że się nie poddaliśmy mimo wielu przeciwności losu oraz dzięki ogromnej wiedzy, doświadczeniu i umiejętnościom lekarzy z kliniki, do której trafiliśmy…

Za to jestem im dozgonnie wdzięczna.

 

 

Czy niepłodność widać?

 

Udostępnij