Cienkie endometrium a ciąża

Jestem w ciąży.

W zasadzie na tym zdaniu mogłabym zakończyć, ono kryje w sobie wszystko. Zawiera ogromne pokłady radości, szczęścia, zachwytu, ale i strachu oraz niedowierzania. Chyba muszę je częściej mówić i pisać by w końcu tak naprawdę uwierzyć w to, co się wydarzyło. A było to tak…

Cienkie endometrium- skąd się u mnie wzięło?

W 2016r. urodziłam synka. W wyniku komplikacji po cesarskim cięciu byłam dwukrotnie łyżeczkowana. Ostatnie 3 lata mojego życia to ciągłe wizyty u lekarzy, próba postawienia odpowiedniej diagnozy i kilka nieumiejętnych prób wyleczenia mnie. Miałam wrażenie, że ciągle stoję w miejscu, że nie dzieje się nic, co choćby trochę mogło przybliżyć mnie do zajścia w ciążę.

Co mówili lekarze o cienkim endometrium?

Diagnozy lekarzy były tak odmienne, że chwilami miałam wrażenie jakby dotyczyły dwóch zupełnie innych osób, a nie tylko mnie. Jedni mówili, że choć moje endometrium jest cienkie, to nie widzą przeszkód do zajścia w ciążę. Patrząc na nich wiedziałam, że zupełnie nie znają się na moim problemie i mówią to tylko po to, aby mnie pocieszyć, a może po prostu chcieli się mnie pozbyć. Ja niestety problem widziałam- endometrium nawet po lekach dochodziło maksymalnie do 6-6,8mm i próby podejścia do in vitro kończyły się na przygotowaniach do transferu. Przy tak cienkim endometrium nie chciano ryzykować i podawać mi zarodków, bo szanse na ich zagnieżdżenie były zbyt małe.

Chyba nawet największym zmartwieniem mojego endometrium nie była jego grubość- lecz to, że ono rosło od początku cyklu i nagle przed samym transferem zaczynało się kurczyć- tak jakby było sztucznie napompowane hormonami i w pewnym momencie pękało. Druga grupa lekarzy- tych którzy lepiej orientowali się w temacie niepłodności, bez ogródek potrafili powiedzieć: „Z tak uszkodzonym endometrium już nigdy nie zajdzie Pani w ciążę”, „Pani endometrium nie jest w stanie przyjąć zarodka”, „Pani macica jest bezużyteczna-trzeba się z tym pogodzić”.

Te słowa podcinały mi skrzydła, odbierały chęć do działania. Z każdej takiej wizyty wracałam do domu załamana. Przez kilka dni miałam mętlik w głowie, nie wiedziałam co robić.

Wszyscy, którzy mnie znają wiedzą, że jestem typem fightera, nigdy się nie poddaję, nie odpuszczam dopóki nie osiągnę celu. Tym razem było tak samo- z jednej strony byłam załamana, z drugiej czułam, że nie byłabym sobą gdybym nie wymyśliła czegoś i nie próbowała dalej.

A może zmiana lekarza…?

Lekarz w klinice niepłodności do której jeździliśmy zupełnie nie wierzył, że zajdę w ciążę. Szlag mnie trafiał jak widziałam w jego oczach ciągłe zdziwienie, że chcę spróbować podejść do kolejnego transferu albo pytam o inne możliwości leczenia. Skoro stracił wiarę we mnie- nie pozostawało mi nic innego jak zmienić go na kogoś innego i tak tez zrobiłam. Nowa Pani doktor tchnęła we mnie nieco nadziei. Widziałam, że się stara, próbuje nowych rozwiązań- to mi pomogło i dało siłę do dalszej walki. Jednak zastosowane przez nią leczenie również nie przynosiło efektu. Musiałam szukać dalej.

Ułożyłam sobie plan działania. Znalazłam kolejnego specjalistę, potem jeszcze jednego. Całe życie podporządkowałam leczeniu. Nie było to łatwe, gdyż w domu czekał na mnie synek, który mnie potrzebował i nie chciałam by w jakikolwiek sposób na nim odbiły się te starania o drugie dziecko. W głębi duszy czułam jednak, że nie będę dla niego dobrą mamą jeśli nie zrobię absolutnie wszystkiego by spełnić swoje marzenie o drugim dziecku. Ci którzy nie mają dzieci mogą pomyśleć, że skoro miałam już jedno to powinnam to docenić i cieszyć się z tego co mam. Na świecie są miliony par, które nie mają potomstwa i oddałyby życie za możliwość posiadania jednego dziecka. Ale uwierzcie mi, że chęć posiadania drugiego dziecka była u mnie tak ogromna, że nie potrafiłam odpuścić.

Jeździłam na wizyty 500km od miejsca zamieszkania. Synek zostawał w domu z mężem. Ja korzystałam z pociągów. Nie byłam w stanie dojechać i wrócić w ciągu jednego dnia- każda taka wizyta to 2 dni wyjęte z życia. Aby nie było to podejrzane, że co tydzień biorę 2 dni urlopu- wzięłam kilka tygodni zwolnienia. Po miesiącu leczenia znowu próbowaliśmy podejść do in vitro- znowu bezskutecznie. Endometrium nadal nie rosło.

Szukałam dalej.

Znalazłam lekarza, który chciał mi pomóc. Zaproponował wykonanie histeroskopii. Nie wiązałam z tym zabiegiem zbyt nadziei. Dwa lata temu miałam już histeroskopię i nic nie pomogła. Jak się okazało- zabieg zabiegowi nierówny, wszystko zależy od tego, kto go wykonuje. W lipcu przeszłam zabieg histeroskopii, w trakcie którego stwierdzono, że mam II stopień Zespołu Ashermana. Część zrostów uwolniono, zostałam zapisana na kolejną histeroskopię na październik.

Nadeszły wakacje. Nie planowaliśmy żadnego dłuższego wyjazdu. Wzięliśmy 2 tygodnie urlopu w trakcie których zamierzaliśmy odwiedzić rodziców- by synek mógł nacieszyć się dziadkami. Wpadłam na pomysł by choć na kilka dni wyskoczyć nad morze. Na szybko coś zarezerwowałam i przez 3 dni wylegiwaliśmy się na plaży. Jak się później okazało- nad morze pojechaliśmy w trójkę, a znad morza wróciliśmy w czwórkę J. Oczywiście nie byłam tego świadoma, nic nie podejrzewałam, niczego nie przeczuwałam. Wręcz zajście w ciążę w naszej sytuacji w sposób naturalny było dla mnie tak mało prawdopodobne, że nawet przez myśl mi to nie przechodziło, że może się zdarzyć. Ja z uszkodzonym endometrium, mój mąż z tak słabym nasieniem, które 3 lata wcześniej zmusiło nas do korzystania z in vitro- bo lekarze nie dawali nam szans na ciążę przy takich parametrach jakie mąż wtedy miał.

Zaszłam w ciążę z cienkim endometrium???

Po powrocie z wakacji spóźniała mi się miesiączka. Byłam taka zła z tego powodu! Przecież miałam umówiony termin na kolejną histeroskopię na październik, a każde przesunięcie okresu powodowało konieczność zmiany tego terminu. Wiedziałam, że jak nie dostanę miesiączki za 2-3 dni to kolejny miesiąc czekania na zabieg przede mną. Zaczęły mi chodzić po głowie sposoby na wywołanie okresu. Czytałam o lampce wina, gorącej kąpieli…Byłam bliska by tych metod próbować.

Pamiętam jak pewnego dnia rano mój mąż mnie zapytał czy miałam już okres. Odparłam „nie miałam, spóźnia mi się w tym miesiącu”. I wtedy jakby mnie olśniło. Spóźnia mi się? Może to ciąża? Ale jak to… przecież to niemożliwe, nie w naszej sytuacji. W szufladzie leżał test ciążowy. Chciałam go zrobić, ale stwierdziłam, że nie ma sensu. Przez cały dzień ta myśl o ciąży nie dawała mi jednak spokoju. Kolejnego dnia rano wykonałam test i aż usiadłam z wrażenia. Po kilku sekundach pojawiła się druga gruba kreska- taka jakiej nigdy wcześniej nie widziałam, nawet przy pierwszej ciąży.

Następnego dnia zrobiłam beta hcg- była już bardzo wysoka, wynik to ponad 1700.

Razem z mężem byliśmy tak zaskoczeni i tak bardzo baliśmy się, że mogę tą ciążę stracić, że nawet nie potrafiliśmy się cieszyć. Chwilami była w nas radość, ale zaraz potem ogarniał nas paraliżujący strach.

To nas zaskoczyło…

Jakoś w połowie 6 tygodnia pojechaliśmy do znajomych na wesele. Oszczędzałam się jak tylko mogłam- byłam raczej siedzącym gościem bo bałam się, że nadmierne szaleństwo na parkiecie może się źle zakończyć. Następnego dnia rano dostałam krwawienia. Chyba nawet powinnam napisać- krwotoku, bo jeszcze nigdy nie przeżyłam czegoś takiego. Strasznie bolał mnie brzuch, miałam silne skurcze, brałam Nospę, ale nic nie pomagała. Wracaliśmy wtedy do domu. Stawaliśmy na każdej stacji benzynowej, a ja po każdorazowym wyjściu z toalety byłam coraz bardziej przerażona. Myślałam, że to krwawienie się nigdy nie skończy. Zaczęło się zmniejszać po 8 godzinach, wieczorem ustąpiło, pozostało tylko plamienie.

Tego dnia nie pojechaliśmy na Izbę Przyjęć do szpitala bo byłam pewna, że straciłam tą ciążę i bałam się, że będą chcieli mnie po raz kolejny łyżeczkować. A na to nie wyraziłabym zgody. Do lekarza trafiłam dopiero kolejnego dnia wieczorem. W zasadzie to poszłam tylko po to, by usłyszeć, że poroniłam. Zamiast tych słów lekarz pokazał mi na usg piękny zarodek i bijące serduszko. Po raz kolejny byłam w szoku…

Od tamtej pory nic złego już się nie działo. Długo czekałam na oznajmienie światu, że jestem w ciąży. Teraz mija 14sty tydzień. Miałam już badania prenatalne, które wyszły bardzo dobrze. Mocno wierzę w to, że czeka mnie kolejnych 6 nudnych miesięcy, że nic nieprzyjemnego mnie nie zaskoczy. Choć strach o dziecko, o to czy macica będzie w stanie się odpowiednio rozciągnąć, czy nie będę miała przyrośniętego łożyska- pozostanie ze mną do dnia porodu.

Myślisz, że to cud?

Być może czytając moją historię myślisz sobie, że udało mi się zajść w ciążę cudem, a Tobie taki cud się na pewno nie przytrafi. To nie tak… Gdybym miała zajść w ciążę bez leczenia to zaszłabym wcześniej. Przecież od 3 lat kochaliśmy się bez zabezpieczenia. A jednak to się nie wydarzyło. Cały ten proces leczenia, który przeszłam musiał mi w jakiś sposób pomóc, musiał poprawić moje endometrium na tyle by było w stanie przyjąć zarodek. Oczywiście część lekarzy, których odwiedziłam zupełnie mi nie pomogło, na część wizyt tylko zmarnowałam czas. Ale być może gdybym ich nie odbyła- odpuściłabym starania, nie próbowałabym dalej szukać specjalistów od mojego schorzenia, po prostu bym się poddała.

Jeśli chcesz dokładnie wiedzieć jak się leczyłam, u kogo i co według mnie zadziałało na moje cienkie endometrium- śledź mojego bloga. Już wkrótce opiszę wszystko co przeszłam, każdą próbę, każde badanie, każdy zabieg- tak byś miała pełny oraz mojego leczenia i mogła wyciągnąć z niego wnioski dla siebie. A wierz mi, że z tego można napisać książkę.

Póki co mam nadzieję, że dałam Ci nadzieję na lepsze jutro, na to, że Tobie też uda się zajść w ciążę- ale nie możesz się poddawać!

 

Jak poprawić grubość endometrium? 27 sprawdzonych sposobów…

Udostępnij